Macho Grande


Wiersze wy(ż)zebrane.
grudzień 18, 2007, 2:33 pm
Zaszufladkowany do: @wierszem

Dwa, na świeżo muzie wyrwane z gardła liryki.

***

a twój profil słodki
o sonet się prosi
gdy wieczór cię ogrzewa
i poranek zrosi

i o życiu marzę
tak cudownym w smaku

ja chcę żyć twym życiem
mój drogi
gumiaku

Informatyk zabiera się za kobietę.

gładzę jej bufory
by się przepełniły
i chłonę wiatraczka
warkocik przemiły

i zawieszam system
i restartów serią
sprawiam, że snop iskier
wybucha feerią

zerkam jak migocze
większość jej diód
czy wielkość mych bajtów
wypełniła głód?

bo chcę mą jedynkę
gdzieś w jej zero wcisnąć
by mogły jej źrenice
w ciemności rozbłysnąć

i będziemy hulać!
w blasku podczerwieni
moim twardym łączem
na wieki złączeni



Korespondencja pośmiertna.
grudzień 9, 2007, 12:39 pm
Zaszufladkowany do: @home, @past, @wierszem, @work

Marcin Świetlicki – Korespondencja pośmiertna

Otóż: w jakiś tam sposób nie byłem ci wierny;
istniał świat. A to rozprasza. Ja budziłem się
i żyłem, dotykałem, jadłem, rozmawiałem,
piłem wino i grałem w ludzkie gry, jeździłem
koleją i pozowałem do zdjęć, rozproszyłem się,
wybacz.

Otóż: w jakiś tam sposób nie byłam ci wierna,
byłam zajęta w innych miejscach, w innych
ludziach, prócz ciebie miałam pory roku,
zwierzęta, drzewa, wojny, dzieci, wielką przestrzeń
do ogarnięcia. Dopiero teraz zostanę przy tobie,
wybacz.

I teraz będzie wszystko? Nie będzie niczego.
Kapelusze i dachy, korony drzew, wieże,
drogi i tory kolejowe, rzeki – stąd widziane
rozpłyną ci się zaraz. Pozwoliłam sobie
zrobić dopisek na twojej kartce pocztowej,
wybacz.

Posłuchaj tutaj.



Listopad. Niemoc. Mouth For War.
grudzień 2, 2007, 1:14 am
Zaszufladkowany do: @home, @wierszem

Siedzę i zastanawiam się, słuchając “Świetlików”, co robi mój przyjaciel zamiast zająć się czymś pożytecznym… A. śpi za plecami a ja korzystam ze spokoju nocy by poklepać trochę w klawiaturkę. I może już wystarczy. Jeden z najukochańszych wierszy Świetlickiego. Jedna z najukochańszych piosenek. Posłuchać możesz tutaj.

Marcin Świetlicki
Listopad

Listopad, niemal koniec świata, kilka minut przed zmierzchem.
Schroniłem się w kawiarni, siadłem tyłem do światła.
Wolne? Zajęte – odpowiadam, rzucam kurtkę na to drugie krzesło.

Och, gotów jestem już wyjść z tego miasta, ręce wytrzeć o
liście, cały ten kurz, tłuszcz miasta
wytrzeć o liście, wyjdź ze mną, zobaczysz.

Znudzimy się i pozabijamy po tygodniu, ale pomyśl o tych
łunach, które pozostawimy za sobą, o tych wszystkich miejscach
i kobietach, mężczyznach; pomyśl – z jaką ulgą

będziemy krzyczeć w hotelowym pokoju, na najwyższym piętrze,
a nasze krzyki dotrą na pewno aż na
portiernię. Wolne? Już, już za chwilę będzie wolne – odpowiadam.
Zmierzch.

Pantera – “Mouth For War”