Macho Grande


Poezje wybrane. Sistinas.
luty 26, 2007, 8:50 pm
Zaszufladkowany do: @wierszem

Dziś rozpoczynam nowy dział w historii bloga. Dział “Wierszem”, opisujący w jasnych, prostych i symbolicznych słowach doznania codzienne. Ostrym jak lancet wersem, bardziej szaleńczym niż techno rytmem i bardziej wzuszającym niż Auden, Rilke, Elliot i Rimbaud razem wzięci doznaniem dotknę głębi waszego jestestwa. Czy jakoś tak.

Poczta

Przyszedłem na pocztę.
Wziąłem numerek. 712.
Chwilę patrzyłem w niemym zachwycie.
Patrzę na okienko: 932.
Taaaaaaa.
Poczułem się kurwa ustawiony na całe życie.

I z poezji starszych:

Straż pożarna 

Jedzie pożarna straż.
A masz, wstrętny ogniu!
A masz!

Na skrzyżowaniu

Niech se trąbi,
Niech se trąbi.
Nie przepuszczam samochodów kombi.

Danzig – “Sistinas”



Wyjrzało słońce. Spięcia i napięcia. The Hunt.
luty 20, 2007, 11:14 pm
Zaszufladkowany do: @home, @work

Chmury burzowe umknęły z nieboskłonu, wyjrzało słońce i ciepłym językiem polizało mi mordkę. Zrobiło się dobrze. Zrobiło się słodko. Chyba nigdy się nie przyzwyczaję do sinusoidy napięć pani A. U mnie zazwyczaj constans, u niej górki i dołki. Bardzo stochastyczne to wszystko, ciężko znaleźć punkty przecięcia, w których moglibyśmy dać szansę naszym humorom. Obudzony zostałem w sposób, którego wszystkim serdecznie życzę i wziąłem się do pracy. I siedzę teraz ze słuchaweczkami na uszach i klepię w te klawisze.

A dzień w pracy – jak to ostatnio – fatalny. Tym razem robiłem za poważnego rozmówcę u w sumie czterech osób. Zastanawiające, czemu ludzie sądzą, że jestem w stanie rozwiązać ich problemy, skoro z własnymi sobie nie radzę. Problem tu, problem tam… Spięcia i napięcia na różnych stykach, ale ogólnie miło mi się pracowało i całkiem dużo dziś zrobiłem. Nice. Ale atmosfera dołuje.

New Model Army – “The Hunt”, piękna piosenka.



Zrozumieć mężczyznę. Anna Molly.
luty 19, 2007, 11:09 pm
Zaszufladkowany do: @home

Women, learn to work the toilet seat. You’re a big girl. If it’s up, put it down. We need it up, you need it down. You don’t hear us complaining about you leaving it down.

Birthdays, Valentines, and Anniversaries are not considered by us to be opportunities to see if we can find the perfect present . . . . again!

Sometimes we are not thinking about you. Live with it.

Sunday = sports. It’s like the full moon or the changing of the tides. Let it be.

Don’t cut your hair. Ever. Long hair is always more attractive than short hair. One of the big reasons guys fear getting married is that married women always cut their hair, and by then you’re stuck with her.

Ask for what you want. Subtle hints do not work! Strong hints do not work! Obvious hints do not work! Just say it!

We don’t remember dates. . . .Period!!

Most guys own three pairs of shoes – tops. What makes you think we’d be any good at choosing which pair, out of thirty, would look good with your dress?

Yes and No are perfectly acceptable answers to almost every question.

Come to us with a problem only if you want help solving it. That’s what we do. Sympathy is what your girlfriends are for.

A headache that lasts for 17 months is a problem. See a doctor.

Anything we said 6 months ago is inadmissible in an argument. In fact, all comments become null and void after 7 days.

If you won’t dress like the Victoria’s Secret girls, don’t expect us to act like soap opera guys.

If you think you’re fat, you probably are. Don’t ask us. We’ve been tricked before!!

If something we said can be interpreted two ways, and one of the ways makes you sad or angry, we meant the other one.

Let us ogle. We are going to look anyway; it’s genetic.

You can either ask us to do something or tell us how you want it done. Not both. If you already know best how to do it, just do it yourself.

Whenever possible, please say whatever you have to say during commercials.

Christopher Columbus did not need directions, and neither do we.

The relationship is never going to be like it was the first two months we were going out. Get over it. And quit whining to your girlfriends.

ALL men see in only 16 colors, like Windows default settings. Peach, for example, is a fruit, not a color. Pumpkin is also a fruit. We have no idea what mauve is.

If it itches, it will be scratched. We do that.

We are not mind readers and we never will be. Our lack of mind-reading ability is not proof of how little we care about you.

If we ask what is wrong and you say “nothing,” we will act like nothing’s wrong. We know you are lying, but it is just not worth the hassle.

If you ask a question you don’t want an answer to, expect an answer you don’t want to hear.

Don’t ask us what we’re thinking about unless you are prepared to discuss such topics as navel lint, the shotgun formation, or monster trucks.

Foreign films are best left to foreigners. (Unless it’s Bruce Lee or some war flick where it doesn’t really matter what they’re saying anyway.)

BEER is as exciting for us as handbags are for you.

Thank you for reading this; Yes, I know, I have to sleep on the couch tonight, but did you know, it’s like camping.

That’s right, oto cała prawda o facetach – myślę sobie sącząc drinka. Dopóki tego nie zrozumiecie raczej nie podchodźcie.

W domu jakby lepiej. Milej, kilka uśmiechów, dobranoc i ogólnie miłe pogawędki. Dziobak ma jutro bal przebierańców, A. dostała 6 na kursie księgowych i wychwalano ją pod niebiosa, cieszę się jej sukcesem bardzo. I ogólnie była milutka i fajna. Zupełnie jak ja zazwyczaj :) . Trochę pracowałem, podczas gdy A. i Ula oglądały “Prison Break” (są jeszcze z 10 odcinków za mną). I teraz późna noc i to wewnętrzne rozdarcie – malować, pograć, posłuchać Tony’ego Robbinsa, którego właśnie odkryłem i pożeram jego proste dosyć – a mimo to odkrywcze – recepty na “Live With Passion”. A może zrobić coś jeszcze innego? Dużo pomysłów w głowie, a powiniennem zwyczajnie iść spać.

Incubus – “Anna Molly” (anomaly?)



Piątek :(. Sobotnie czytanie i siedzenie. I Don’t Wanna Be Me.
luty 17, 2007, 4:35 pm
Zaszufladkowany do: @home, @work

Weekend, który został poprzedzony kilkoma dość poważnymi nieporozumieniami, awanturą o pilota i jeszcze pewną liczbą drobiazgów…. słowem prawie koniec świata. Siedzę i regeneruję się teraz, czekając what will bring tommorrow. Przegrzebuję blogi, blog Marcina (kiedy zaczniesz pisać dalej, bandyto i bumelancie?!), blog Radzia, blog Ciemnego, blog Ewy… mniam. Zasadniczo nie lubię czytać z ekranu, ale warto zobaczyć czasem, co u znajomków piszczy. Tym bardziej, że oni napewno nie zaglądają do mnie, bo dwóch nie wie, a jeden – mam nadzieję – zapomniał.

Teraz siedzę sam – nie licząc Dziobaka, który na szczęście zajmuje się sobą i zastanawiam się, co zrobić z resztą dnia… Najchętniej chyba jednak nic. A. poszła w tan, nie będzie jej do nocy, jedna koleżanka, druga koleżanka…. pozostaje mieć nadzieję, że żadna z nich nie ma włosów na klacie i nie sika na stojąco.

Type O Negative – “I Don’t Wanna Be Me”



Utwory ukochane. Weeds.
luty 14, 2007, 10:46 pm
Zaszufladkowany do: @home

If tomorrow never shows
I want you all to know
That I loved you all, you’re beautiful
And I had myself a ball

I’ve wasted so much precious time
Been skating along these fine lines
Now these weeds have grown where the sun once shone
And my life has passed me by

And my life has passed me by
And I don’t know why
I keep searching for something that I never found
While these weeds get deeper as I turn around
And time growns older and I’ve grown colder
So long has passed that I forgot to count

These weeds have grown where the sun once shone
And I can feel it

Today I cut off all the ties
Been led blind for all this time
But somewhere in between the lies
Are the hearts and minds of those who tried

And although I’ve heard your lies
And I don’t know why
I keep searching for something that I never found
While these weeds get deeper as I turn around
And time growns older and I’ve grown colder
So long has passed that I forgot to count

These weeds have grown where the sun once shone
And I can feel it

This space between us…

Life Of Agony – “Weeds”



Środa, słów szkoda. Love Vs. Loneliness.
luty 14, 2007, 2:46 pm
Zaszufladkowany do: @home, @work

Cholerna praca… Znowu aferka, wewnątrzpiętrowa i znowu staram się być mediatorem, ale chyba za cienki bolek ze mnie na takie sędziowskie zabawy.

Aha – i przy okazji – Walentynki dzisiaj czy jakoś tak. Serc tyle po drodze widziałem, że chyba nawet Religa nie miał więcej na stole, nawet w koszmarach. Moje jeszcze kołacze, zmęczone troszeczkę kawą i papierosami. Anyway – na Walentynki mam plan, zakupię coś A., nawet wiem co i powinno się udać i zdążyć do domu przed nią, żeby zrobić niespodzianeczkę.

Suicidal Tendencies “Love Vs Loneliness”:



…but you can hide the knives – czyli o małżeństwie. Knives.
luty 11, 2007, 10:41 pm
Zaszufladkowany do: @home

Tyle lat małżeństwa a zachowujemy się ciągle jak dzieci. Ja nie jestem w stanie poradzić sobie z księżycową logiką kobiet, ona przejmuje się każdym drobiazgiem wręcz bezgranicznie. Ja nie słucham, ona mówi za dużo. Jeśli mówi mało – to oznacza, że jest źle. Jeśli nie patrzy na mnie, to oznacza, że jest źle. Jeśli kładzie się spać bez słowa – to również oznacza, że jest źle. Mężczyźni powinni w dniu ślubu mieć wszczepiany malutki deszyfrator, który odczytywałby sedno kobiecego przekazu za nich. I ewentualną “wyciągarkę”, która podrzucałaby pytania pomocnicze w celu wyciągnięcia informacji, którą facet zawarłby w kilku słowach “Jest mi źle bo to i to”. Tymczasem nie ma tak prosto – kobiety zostały stworzone do dąsów, cichych dni i wewnętrznych stresów, podczas gdy facet ma się dręczyć i zamartwiać tym, że ona się martwi i zastanawiać się o co do cholery chodzi… Nie usłyszysz wprost – za mało czasu mi poświęcasz (to normalka u facetów), takie rzeczy możesz jedynie wyciągnąć albo na torturach albo pytaniami dodatkowymi, co zajmuje około połowy dnia minimum.

Jest źle, to widać. Nie zadzwoniła, weszła nadąsana, jedynie przy gościach wróciła do normy, a potem – bach – włączamy przełącznik “jestem zła” i wszystko wraca do normy, niestety tej niedobrej normy. Tęsknię do chwil, gdy wszystko było jasne i proste. Już od dawna nie jest. Napewno dzięki mnie, by może trochę dzięki niej właśnie. Rzadziej się uśmiecha, a nie tak miało być.

Therapy? – “Knives” ( z cudowną linijką tekstu: “you can’t help my life but you can hide the knives”)



Statek. Telefony, telefony… Perfect Drug. Terrible Lie.
luty 10, 2007, 2:48 pm
Zaszufladkowany do: @home

Są książki, których nie da się czytać (kliniczny przykład to “Wadadło Foucaulta” U. Eco), są książki, które przelatują przez oczy i rozum, szeroką obwodnicą wymijając serce. Są też takie, które zahaczają o serce, zostawiając w nich drzazgę, która znika po krótszym lub dłuższym czasie. I wreszcie są takie, których treść, rytm i cała melodia idealnie współgrają z duszą, zajmując serce, na którym wygrywają niezapomniany koncert i którego echo nosi się w sobie aż do kolejnego podejścia do takiego dzieła. To mój prywatny podział, rzecz niezwykle subiektywna. Do tej najważniejszej – ostatniej – kategorii dla mnie należy niewątpliwie “Statek” Łysiaka. Powieść męska bardzo i myślę, że inaczej odbierana w zależności od płci czytelnika. Mnie to dzieło oczarowuje za każdym razem, każde kolejne czytanie pozwala wychwycić niuanse, na które zupełnie nie zwróciłem uwagi wcześniej. To jak skarbiec, który znasz już na wylot, ale za każdym razem gdy sięgniesz po jakąś błyskotkę przysiągłbyś, że wcześniej jej nie widziałeś. Historia szaleństwa “Samotnego wilka w biegu” jest mi bardzo bliska, jak każda rzecz, w której odkrywasz pierwiastki tego, co sam przeżyłeś. To piękne uczucie, gdy karty powieści noszą to samo, co chowasz gdzieś w sobie – i co wprawia duszę w taki rezonans, że musisz do tego wracać raz na jakiś czas. Jeden z najzdrowszych narkotyków.

A. wybyła z Dziobakiem do domu rodzinnego, nie budząc mnie (być może mnie budziła, miałem ją na dworzec odprowadzić – ale głowy nie dam…), a gdy dzwoniłem (ze sześć razy) nie odbierała telefonów. Powędrowałem na pobliski bazarek, przetestowałem 3 budziki, kupiłem ten wydający z siebie najdonośniejsze dźwięki i wróciłem do domu. Na dworze potężny mróz, bez odrobiny wiatru. W domu zadzwoniłem do Rodziny A. z telefony stacjonarnego, trafiłem w końcu na nią, ale zmroziła mnie bardziej niż zima za oknem twierdząc, że nie odbierała telefonu, bo nie miała ochoty. Stwierdziłem, że teraz zapewne również nie chce jej się rozmawiać i uzyskując potwierdzenie rozłączyłem się. Kiedyś pewnie zdenerwowałbym się mocno, ale teraz zakląłem tylko pod nosem i mi przeszło. Dla uspokojenia zaaplikowałem sobie dwa wiersze Audena i już jest ok.

Wieczorny update: Samotne siedzenie przed komputerkiem, jeden level Painkillera do przodu, dwa odcinki “Prison Break” również. Rozważam pomysł drinka, ale nawet nie chce mi się wstawać. Jedyny kontakt z drugim człowiekiem to rozmowa na GG z Diabełkiem – dłuuuga i przyjemna. W zasięgu ręki pistacje, papierosy i pepsi. Da się żyć. Powiniennem malować, tak jak sobie obiecałem, ale najłatwiej obietnic nie dotrzymywać właśnie sobie. A. nie zadzwoniła. Może to początek “cichych dni”?… Na wszelki wypadek włączę głośno muzykę.

Nine Inch Nails “Perfect Drug”:

Nine Inch Nails “Terrible Lie”, kocham ten numer:



Zegar biologiczny działa w sposób nielogiczny. Dobre dni, dni jak dawniej. Książki. Już rok. Pop songs.
luty 9, 2007, 10:20 am
Zaszufladkowany do: @home, @past, @work

Piękny był czwartek. Cały dzień. A jak przyszedłem z pracy położyłem się spać… Nawet mnie A. polewała wodą… i kostkę lodu wrzuciła mi w okolice tyłeczka… i nic. Nie wstałem o 20.30, jak planowałem. Za to wstałem o 5.20 rano i nie bardzo wiedziałem co się dzieje… Ale sen przynajmniej miałem bardzo fajny, śniło mi się, że z kolegą płynąłem wpław do Burj Al Arab w Dubaju… Godzina do jej pobudki, przyszedł Dziobak i przytachał ze sobą maskotkę i katalog klocków lego domagając się włączenia tv. Włączyłem, obejrzałem ósmy odcinek “Prison Break” (wciąga! wciąga!) i powolutku zebrałem graty, spokojniutko wziąłem kąpiel, ślimaczo wypiłem kawkę… i fru – do roboty…

A w robocie – co tu dużo gadać – cud prawdziwy wczoraj i dziś. Dwa naprawdę piękne dni. Dni z rodzaju tych, które były kiedyś, gdy było inaczej, lepiej. Gdy z różnych miejsc tryskała radość, a ludzie ze sobą rozmawiali i uśmiechali się. I niektóre osoby dziś czuły tak samo, nie byłem w tym odosobniony…

Jak zwykle czytam symultanicznie, tym razem trzy kniżki: “Statek” Łysiaka (pięć gwiazdek), “Kroniki Jakuba Wędrowycza” Pilipiuka (rozrywka, ale ****) i “Twierdzę” De Saint-Exupery’ego (*****). Wszystko to już znam bardzo dobrze… ale uwielbiam wracać do pierwszej i trzeciej pozycji.

No i minął rok. Ważny rok.

Suicidal Tendencies – “Pop Songs”:



Ewa. Relaunch. Zakupy komputerowe. Mojo.
luty 7, 2007, 11:26 pm
Zaszufladkowany do: @home, @work

Pozdrowienia dla Ewci. Pogadaliśmy sobie, wymieniliśmy się linkami do własnych blogów jak zawodnicy dwóch przeciwnych drużyn koszulkami…. Z tą różnicą, że jesteśmy w tej samej drużynie… i cóż…. Wziąłem na cel swój primary blog i odpaliłem rakiety z napisem “delete” w jego stronę i boom! – nie ma już primary bloga. Ten jest. I będzie kontynuowany.

Więc siedzę i piszę do niej a ona pisze do mnie, próbuję oglądać w tle “Prison Break” (wciąga, cholerstwo). Palę papierosa i piję pepsi. Jest mi dobrze i miałem dziś dobry dzień. Bezstresowy, średnio zapracowany i milutki.

Dodam (Elektrodam) jeszcze, że w weekend zakupiłem Galaxy GF 7600 GT plus 1 Gb RAMu i komputek śmiga jeszcze bardziej, aż z tego wszystkiego zacząłem once again przechodzić Painkillera, sam się ustawił na max detalach i nawet odrobiny zacięcia nie przejawił, gdy ja z zacięciem kładłem pokotem tony wrogów.

Mike Patton i Rahzel w chodzącej mi ostatnio po głowie piosnce. Peeping Tom – “Mojo” (mogliby nakręcić video do mojego ulubionego numeru z tego albumu – “We’re Not Alone”):